Twitter

"Najważniejsze się nie lenić" - zbiór moich tekstów i wywiadów

piątek, 19 lipca 2019

Najważniejsze się nie lenić - zbiór moich tekstów i wywiadów

Nakładem Konfederacji Lewiatan wydana została antologia moich felietonów, artykułów, wywiadów oraz tekstów prasowych. Wydawnictwo uświetniło galę nagród Konfederacji Lewiatan, która odbyła się 27 czerwca w Teatrze Polskim w Warszawie.

Podczas wydarzenia pożegnałam się również z funkcją prezydenta Lewiatana, prezentując zgromadzonym mojego następcę - Macieja Wituckiego, który był wiceprezydentem naszej organizacji od 2006 roku.

W książce "Najważniejsze się nie lenić" pojawiły się również cztery dodatkowe wywiady, które przeprowadzone zostały specjalnie na potrzeby tej publikacji. Rozmawiali ze mną Grazyna Torbicka o książkach, operze i muzyce, Dorota Warakomska o moim ukochanym miejscu na Warmii, Magdalena Środa o kobietach i przyjaźni oraz Maciej Głogowski o gospodarce, przedsiębiorcach i transformacji.

 

 

Nie mogę żyć bez książek

Z Henryką Bochniarz rozmawia Grażyna Torbicka

 

GT: Czy to prawda, że w torebce zawsze nosisz ze sobą „Mistrza i Małgorzatę”?

HB: W papierze już nie, ale zawsze mam na swoim ipadzie. Kiedy zaglądam do „Mistrza i Małgorzaty, a znam całe fragmenty na pamięć, to nie tyle czytam, co właściwie szukam w tekście swoich ulubionych fragmentów.

Swego czasu przeżywałam nawet pewną fascynację literaturą rosyjską, ba, nawet radziecką. W domu, w którym mieszkaliśmy kiedyś na Marchlewskiego, dziś Jana Pawła II w Warszawie, na dole była księgarnia.

Miałam z paniami z księgarni taki układ, że przynosiły mi całe kartony z nowościami, a książki to przecież też był towar deficytowy. Zawsze było wielką frajdą odpakowywanie tych pudeł, bo nie wiedzieliśmy nawet, co w nich znajdziemy! Najprzyjemniejsze telefony dostawaliśmy właśnie z dołu – z księgarni – kiedy informowano nas, że czeka na nas paczka książek.

Wtedy wychodziły świetne tytuły, cała seria ceramowska, seria Nike… Paczki z księgarni, które odbieraliśmy gdzieś tylnymi drzwiami, były nawet ważniejsze niż paczki od świętego Mikołaja!

Spędziłam kiedyś pół dnia w domu Bułhakowa w Kijowie. Połączenie realizmu z surrealizmem zawsze do mnie mocno przemawiało. Mam piękne wydania „Mistrza i Małgorzaty”, natomiast ponieważ chciałam mieć tę książkę zawsze przy sobie, od niedawna mam ją jako ebook na ipadzie.

Podczas strajku nauczycieli w 2019 roku pytano mnie często, kto był moim najważniejszym nauczycielem w liceum. Bez wahania odpowiadałam, że moja polonistka w liceum, która nauczyła mnie miłości do książek, choć swoje studia i pracę związałam potem z ekonomią.

GT:  Kiedy odwiedza się Ciebie w Twoim domu na Warmii, zwykle widzi się Ciebie z książką w dużym fotelu, przy oknie z widokiem na jezioro.  Wiem, że lubisz też biografie, których dużą kolekcję posiadasz.

HB: Biografie to literatura, która dużo uczy. Kiedy czytamy książki o historii lub sztuce, możemy się dowiedzieć wielu rzeczy, ale bez tego zaplecza i perspektywy człowieka – bohatera czy uczestnika wydarzeń. Niedawno zapoznałam się z życiorysem Gombrowicza, którego szalenie lubię, a nie wiedziałam o dziesiątkach faktów, które wpłynęły na kształt jego utworów i sprawiły, że one są właśnie takie. Wróciłam wtedy do „Operetki” i mogłam zrozumieć wiele więcej.

Są książki do których wracam nieustannie, ale inne odrzucam po przeczytaniu kilku stron, kiedy wiem, że to nie jest moja literatura. Nawet wtedy, kiedy temat jest mi bardzo bliski. Miałam w ręku niedawno książkę Georga Saundersa, niestety, muszę odłożyć ją na później i dojrzeć do niej.

GT: Twój dom na Warmii wypełniłaś biblioteką, przenosząc sukcesywnie swoje książki z Warszawy. Czy książki są dla Ciebie najważniejsze w przestrzeni domowej?

HB: Oglądam czasem piękne domy i niesamowite wnętrza, w których nie ma ani jednej książki. Nie wyobrażam sobie, jak można tak żyć. To jest dla mnie nie do pojęcia, że można żyć bez książek. Ale muszę przyjąć że tak się da, że są tacy ludzie, którzy nie połknęli tego bakcyla. Większość nowych książek mam właśnie w domu na Warmii, bo tam mam czas czytać nawet do 4 rano.

Zarówno moje dzieci, jak i wnuki, są namiętnymi czytaczami i to chyba się przenosi z pokolenia na pokolenie. Zawsze dużo czytałam moim dzieciom, a ten dobry nawyk pozostaje. Owszem, dziś moje wnuki chętniej sięgają po książki na nośnikach elektronicznych. Dzięki praktycznie nieograniczonemu dostępowi czytają dużo fantastyki i SF, ale ostatnio na przykład wręczyłam mojej wnuczce, która wracała do Londynu, wydaną już po śmierci Głowackiego „Bezsenność w czasie karnawału”. Staram się podsuwać im książki, które mają jakiś ciężar gatunkowy.

Kiedy indziej przyjechała do mnie na święta, a przedtem zapytała o to, co chciałabym dostać na prezent. Oczywiście, zażyczyłam sobie książkę – akurat wtedy nagrodę Bookera dostał „Milkman”. Musiała pójść do księgarni, poszukać tej książki – to ją od razu wkręca w ten świat książek papierowych.

Do mojego domu pod Olsztynem podróżuję najczęściej pociągiem, dlatego księgarnie dworcowe to dla mnie główne źródło zaopatrzenia w najnowsze tytuły. Jadąc z Warszawy do Olsztyna mam dwie i pół godziny spokoju. Muszę jednak przyznać, że ostatnio zdarzało mi się oglądać w pociągu „Grę o tron”. Mówiły o tym wciąż wszystkie moje wnuki, na dodatek wpadały w szaleństwo, że wkrótce ukaże się ósma seria odcinków. Nie miałam wyjścia i musiałam nadrobić zaległości. Jeżeli chcę mieć z nimi wspólny język, rozumieć ich skojarzenia, gry słów i haseł, muszę być obeznana z tym, co się dzieje poza literaturą, np. właśnie w serialach.

GT: Uprzedziłaś trochę moje kolejne pytanie, bo chciałam dowiedzieć się jak przy Twoim wypełnionym kalendarzu możesz być na bieżąco z literaturą? Mam już odpowiedź: pociąg i noc… albo samolot.

HB: Lecąc samolotem zwykle sięgam po film, którego w normalnych okolicznościach pewnie bym nie obejrzała, ale musi być to obraz na tyle głośny, że absolutnie trzeba to zobaczyć. Ostatnio, lecąc do Nowego Jorku, oglądałam „Bohemian Rapsody”, który właśnie łapał się do kategorii „trzeba zobaczyć”.

GT: Poznałyśmy się właśnie przy okazji współpracy przy Nagrodzie Literackiej NIKE. To Twoje dziecko, rozumiem, że to powstało z Twojej chęci popularyzowania dobrej literatury.

HB: Dokładnie tak, chciałam, aby więcej mówiło się o dobrych książkach i żeby książki „trafiły pod strzechy”, choć po prawdzie ja tego sama od zera nie wymyśliłam. Byłam kiedyś w Londynie u mojego znajomego, który wówczas kierował organizacją odpowiedzialną za jedną z nagród literackich. Zaprosił mnie na ich rozdanie i pokazał, że nagrody literackiej nie musi przyznawać zamknięty krąg recenzentów, a sam proces wyboru laureatów może być publiczny i przejrzysty. Przypomina to trochę rozgrywki sportowe i rzeczywiście towarzyszą temu emocje – najpierw jest wiele tytułów, później sukcesywnie odpadają kolejne, aż do wyłonienia zwycięzcy.

Dlatego uznałam, że jeśli chcemy, by te dobre tytuły trafiały poza wąską grupę zainteresowanych literaturą, trzeba zaproponować formułę, która zwiększy dotarcie i przyciągnie nowych czytelników. Wiedziałam też, że oprócz sponsora, którym wówczas była moja firma Nicom Consulting, potrzebny jest ktoś, kto umiejętnie spopularyzuje sam konkurs. Najpierw trafiłam do Darka Fikusa, naczelnego Rzeczpospolitej, któremu inicjatywa się podobała, ale tłumaczył, że dziennik Rzeczpospolita nie jest od promowania takich rzeczy. Na szczęście znalazł się Adam Michnik , który od razu załapał pomysł. Przez pierwsze dwa lata ja finansowałam przedsięwzięcie, później weszła Gazeta i do dzisiaj finansuje NIKE.

Pamiętam pierwsze edycje nagrody. Pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski, którego książki uwielbiam. Później m.in. Miłosz za „Pieska przydrożnego”…

GT: Chciałabym się zatrzymać chwilę przy Myśliwskim, który otrzymał NIKE za „Widnokrąg”. Ta nagroda była pomyślana właśnie jako narzędzie promowania powieści, tych na najwyższym poziomie.

HB: To prawda, a potwierdza to dwukrotne uhonorowanie Wiesława Myśliwskiego. Zobaczymy, czy niebawem nie otrzyma trzeciej.  Kiedy prowadziliśmy debaty o nominowanych książkach, wielu się oburzało, że jak tak może być, by na sali siedzieli wybitni twórcy i nie wiedzieli kto wygra. Raziła wielu ta konwencja podobna do rozgrywek sportowych w formie play-off, a najbardziej nie podobało się to oczywiście tym, którzy nie załapali się do czołowej siódemki. A klasę wtedy pokazywał Czesław Miłosz, wówczas już laureat literackiej nagrody Nobla, któremu zupełnie nie przeszkadzało, że do ostatniego momentu nie wiedział, czy zostanie laureatem, czy nie.

Dziś widzę, że nagroda publiczności, recenzje i wszystkie elementy wpisały się na stałe w pewien standard. To, co mnie najbardziej cieszy, to pojawienie się innych nagród dla twórców literackich. Często powtarzam – macie lepszy pomysł? Zrealizujcie go! NIKE nie musi być jedyną nagrodą. Mamy więc teraz więcej nagród za wybitne książki i jestem tym zachwycona!

NIKE daje książce życie, bo są książki, które, choć udane, nie mają tego szczęścia. Widać wyraźnie, że popularność książki wzrasta przy nominacji, nie mówiąc już o tym, jak skacze jej popularność w miarę awansu do kolejnych etapów i wygranej.

GT: Okładka ozdobiona znakiem nagrody NIKE była marką nieporównywalną z niczym innym na rynku literackim. Dlaczego w takim razie wycofałaś się z prowadzenia tego przedsięwzięcia?

HB: W związku z innymi wyzwaniami zawodowymi, przestałam być szefową NICOM-u, który przejęli mój syn i inni udziałowcy. Nie było dla nich priorytetem, żeby prowadzić NIKE, dlatego zaszły pewne zmiany. To dobra praktyka, jak w przypadku Bookera, że co pewien czas następuje zmiana sponsorów. Dobrze się stało, że w Gazecie nagroda znalazła wsparcie. Oni od zawsze byli przywiązani do promowania dobrej literatury.

W dzisiejszych czasach, w odróżnieniu od tych, w których pokątnie musiałam zdobywać wartościowe tytuły, które wychodziły w niewielkim nakładzie, mamy zatrzęsienie nowych wydawnictw. Szalenie trudno jest w księgarni znaleźć coś naprawdę wartościowego. Same kryminały i książki kucharskie, fantastyka itd… trochę monotematycznie. Ja akurat lubię fantastykę, bo jednym z  moich ulubionych autorów jest Stanisław Lem – mam jego wszystkie pierwsze wydania. Kiedy doszło do pożaru mojego domu pod Olsztynem, myślałam tylko o tych książkach Lema. Akurat byłam w trakcie przenoszenia swojej biblioteki z Warszawy na Warmię.

Ta część domu, w której trzymałam książki, akurat nie została mocno dotknięta pożarem, dlatego książki Lema nabrały dla mnie jeszcze większej wartości jako uratowany skarb. Kiedy Wydawnictwo Literackie wydało wznowienia, kupiłam je, aby inni mogli w moim domu czytać Lema, a te pierwsze wydania zostawiam tylko dla siebie.

Szkoda, że Stanisław Lem nie podpisał mi moich egzemplarzy jego dzieł, choć wielokrotnie się z nim spotkałam, ale jakoś nie przyszło mi to do głowy. Ogromna strata, bo wiele książek posiadam z podpisami i dedykacjami autorów.

GT: Stanisław Lem to wyjątkowy autor, bo rzeczywistość jeszcze nie doścignęła jego wyobraźni. Przeprowadzono nawet pewnego rodzaju badania, które mówią, że gdyby Lem był wcześniej tłumaczony na język angielski, amerykańskie badania kosmiczne mogłyby być bardziej zaawansowane. Wyjątkowy pisarz, a nie doczekał się jeszcze godnej jego geniuszu adaptacji filmowej. Nie znalazł się jeszcze nikt, kto umiejętnie przeniósłby go na ekran.

HB: Widziałam oczywiście „Solarisa”, ale to nie jest ekranizacja Lema, której bym oczekiwała…

GT: Częścią Twojego życia jest również muzyka. Miałyśmy razem przyjemność być na wielu koncertach, w tym na niezapomnianych wieczorach w Weronie, ciesząc się wspólnym doświadczeniem wielkich wykonań. Koncerty w Arena di Verona są doświadczeniem niezwykłym, kosmicznym…

HB: To szczególne miejsce i jest coś w tym, że tam się zupełnie inaczej odbiera znane już dzieła. Muzyka poważna jako taka to przede wszystkim filharmonia – wszystkie moje dzieci i wnuki przeszły przez szkołę cioci Jadzi i spotkania z nią w warszawskiej filharmonii. Kiedyś zaprowadziłam je na koncert „dla dorosłych”, a one z przyzwyczajenia poleciały na balkon, gdzie zawsze siadaliśmy na porankach muzycznych. Nie mogły uwierzyć, że na ich miejscach ktoś już siedzi.

Moje wnuki grają na różnych instrumentach, to też jest pewnie konsekwencja szkoły cioci Jadzi. Ale jeśli chodzi o operę, dojrzałam do tego dużo później. Udział w tym miała na pewno Maria Callas. Dziś wszyscy wiedzą, że w niedzielę w naszym domu śpiewa właśnie Maria Callas, bo, z całym szacunkiem do pozostałych artystów, nikt nie jest i nie był w stanie jej dorównać. Kiedy jestem w La Scali, prawie śpiewam razem z artystami i orkiestrą, bo mam to ułożone w pamięci. Śpiew Marii Callas to dla mnie tak samo dobre lekarstwo na stres, jak ulubiona książka.

Mam jej wszystkie nagrania, oczywiście dziś o to łatwiej, ale swego czasu musiałam się postarać, aby znaleźć niektóre, kiedy nie wszystko było dostępne w Internecie.

GT: Zgadzam się z Tobą, że Maria Callas jest niezrównana. Ale gdybyś miała powiedzieć dlaczego tak jest, na co zwróciłabyś uwagę? Przecież technicznie inne sopranistki są równie sprawne, mają wspaniały warsztat, a jednak brakuje im czegoś, co miała Maria Callas.

HB: Tak często bywa, że trudne przeżycia, nieszczęśliwe życie czy złe doświadczenia towarzyszą wielkim karierom. Poznałam dobrze biografię artystki i z pewnością nie miała łatwego życia. Jej śpiew jest tak dramatyczny, bo w nim jest jej całe życie.

Ponadto ona była pionierką jeśli chodzi o umiejętne łączenie aktorstwa ze śpiewem – dlatego jej kreacje są takie poruszające i autentyczne. Cechowały ją charyzma i siła charakteru, to przekładało się na jej śpiew.

GT: Była też kobietą silną, bo pomimo życia pełnego zakrętów, wykorzystywała sztukę, by się wzmocnić. Była bardzo świadomą kobietą, czasy były też inne, ale wiedziała, że tylko od niej samej zależą losy jej kariery, że nie może na nikogo innego liczyć. To może z pozoru wydawać się nieistotne, ale ona pokazała też, że śpiewaczka operowa nie musi ważyć stu kilogramów. Przełamywała wiele stereotypów…

HB: …choć znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, że kiedy schudła, stracił na tym również jej głos.

GT: Jesteś przykładem na to, że na wszystko, co człowieka interesuje w życiu, można znaleźć czas. Nawet jeśli sprawuje się tyle funkcji jednocześnie.

HB: Nie, nie, to nie jest tak. Nie chciałabym pozować na kobietę – siłaczkę, próbowałam wielu rzeczy, nie wszystkie się udawały. Za każdym razem chcę pokazać, że wygrywać potrafi każdy, to jest łatwe. Podnieść się po porażce jest dla mnie dowodem siły.

To bardzo indywidualna sprawa, by dojść do tego, jak radzić sobie zarówno z sukcesami, jak i porażkami. Niektórzy bardzo długo nie potrafią znaleźć tej drogi. Mój sposób jest taki, że muszę zająć głowę i ręce czymś innym. Spotkanie z przyjaciółką i plotki to nie jest mój styl. Sama muszę porozmawiać ze sobą, rozliczyć, zdiagnozować i przeanalizować.

Za każdym razem, kiedy jadę do mojego domu na Warmii, to dobra okazja, żeby coś przemyśleć i rozliczyć się ze sobą. Zajmuję się ogrodem, co mnie szalenie odpręża, a wszyscy, którzy do mnie przyjeżdżają, wiedzą, że jeśli nie ma ani jednego chwastu, to jest jakiś problem do rozwiązania.

W sezonie dochodzi do tego pływanie w jeziorze, wieczorem lampka białego wina na tarasie i wtedy wszystko zaczyna się układać.

Mam również tendencję do zapamiętywania raczej dobrych doświadczeń i ludzi, z którymi mi się coś udało. Gdybyś zapytała mnie teraz o to, czy mam wrogów lub kto mnie nie lubi i kogo nie lubię, musiałabym się mocno zastanawiać. Zbieram raczej dobre wspomnienia.

Chyba dzięki temu mam więcej czasu by działać, zamiast rozpamiętywać złe wspomnienia. Jestem zdecydowanie człowiekiem czynu, a nie sentymentów czy zakulisowych rozgrywek.

W ciągu swojej kariery zawodowej wciąż byłam blisko polityki, przede wszystkim dlatego, że wymagał tego interes przedsiębiorców zrzeszonych w Lewiatanie. Zauważyłam jednak, że do samej polityki się nie nadawałam. Odpychało mnie to układanie się, intrygi, rozgrywki zakulisowe. To by mnie zabiło, gdybym weszła w stu procentach w politykę. Od czasu realiów popularnej dziś „Gry o tron” nic się nie zmieniło.

GT: „Gra o tron” to instrukcja obsługi, widać jakby inspirację w wielu wydarzeniach politycznych. Pewnie wielu z tego skorzystało. Wracając do Twojej rozmowy ze sobą – musisz ocenić własne silne i słabe punkty. Doskonale Cię rozumiem, bo nawet mając u boku najwspanialszego partnera, trzeba zrobić swój rachunek sumienia.

HB: Absolutnie tak, być może wynika to z tego, że spośród rodzeństwa byłam najstarsza i byłam w domu traktowana jak „trzeci rodzic”. Musiałam sobie radzić sama ze sobą, rodzeństwem i rodzicami, którzy swoich obowiązków dopiero się uczyli.

To powodowało, że sama rozliczałam się ze sobą. Choć pewnie otwartość i zdolność do tego, by opowiedzieć drugiemu człowiekowi o swoich rozterkach, ma swoje zalety. Kiedy oglądam Woody’ego Allena, uderza mnie to, że wszyscy mają swojego psychoanalityka, z moimi znajomymi w Stanach jest tak samo – traktują to jak regularną wizytę u dentysty. To pewnie kwestia wychowania i odmienności kulturowej.

 GT: Skoro traktują to jak chodzenie do dentysty, to pewnie ma też swoje konsekwencje.

HB: Oczywiście, bo jeśli chodzą tam nawet raz w tygodniu, to problem chyba nadal jest. Rynek oczywiście się kręci, ale jak widać jest to metoda generalnie mało skuteczna. Widzę rosnącą popularność takiego zjawiska również w Polsce, nawet dzieci biegają na takie sesje.

Dla mnie to trudne do zaakceptowania, ale trzeba mieć w sobie pokorę, aby zrozumieć, że zdarzają się również rzeczy, które w głowie się nie mieszczą.

GT: Przeżyłyśmy razem kilka wypraw żeglarskich. To taka szkoła życia, gdzie w małej szcześcioosobowej grupie musimy się do siebie dopasować i nie ma miejsca na fanaberie. W takiej grupie zawsze Ty wiedziesz prym i teraz to zrozumiałam, słuchając o Twoim dzieciństwie, że jako najstarsza z rodzeństwa musiałaś przejmować inicjatywę i brać na siebie dużą odpowiedzialność.

HB: Ja przecież lubię się polenić i nic nie robić! Czasem sprawia mi to przyjemność, ale kiedy trafiam do jakiejś grupy, to warto skorzystać z tego, by posłuchać historii i opinii tych ludzi, poznać ich i poszerzyć swoją wiedzę.

Często mam z tyłu głowy, że czas, który jest nam dany na poznanie i obcowanie z innymi ludźmi, jest ograniczony. Musimy go jak najlepiej wykorzystać. Może to moja dusza ekonomisty mówi mi, że nie można tak marnować czasu, nie można mu pozwolić przeciekać przez palce.

GT: Nie poruszyłyśmy w naszej rozmowie jeszcze tematu filmu. Został delikatnie zasygnalizowany, ja kocham kino, ale oczywiście kino jest dziedziną sztuki, która posiłkuje się literaturą i muzyką.  Moim zdaniem większość najwybitniejszych dzieł powstała jednak w oparciu o wielką literaturę. Co Ty lubisz w kinie?

HB: Mój ulubiony film to „Casablanca”, lubię melodramaty w ogóle. Ale sięgam po różne kino. W moim domu na Warmii każdy sezon zaczynamy od „Dobrego roku” z Russelem Crowem i Marion Cottiliard. Każdy musi obejrzeć ten obraz, bez wyjątku, nie ma ucieczki od tego.

Najczęściej wracam właśnie do melodramatów, ale żeby nie było za dużo dramatu. Jeśli chodzi o kino polegam też na Twoich wskazówkach. Potrzebuję też więcej czasu, aby skupić się na filmie, niż na książce. Łatwo się też denerwuję. Kiedy oglądałam ostatnio „Grę o tron”, wyłączałam fonię podczas tych wszystkich bitew i makabrycznych scen, po prostu dystansowałam się od tego. To zdecydowanie przyspieszyło moje oglądanie całego cyklu, bo takie sceny stanowiły większą część niektórych odcinków.

Lubię oglądać filmy w domu, bo mogę wyjść, kiedy są fragmenty, które mnie stresują i denerwują. W kinie tego nie zrobię. Film przemawia do wyobraźni, jest skrajnie sugestywny, bo atakuje i oczy, i uszy.

GT: Jesteś jednak otwarta na nowe doświadczenia. Pamiętam, że kiedy odwiedziłaś festiwal Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym i obejrzałaś „Gołąb usiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu”, zapytałaś mnie wzburzona, dlaczego pokazuję właściwie takie filmy. W końcu jednak uznałaś go za film wartościowy.

Zaimponowałaś mi, kiedy przyznałaś, że najpierw ten film odrzuciłaś, a potem zrozumiałaś i zaakceptowałaś.

Zauważyłaś, że kino powoduje czasem zbyt mocne wrażenia, które ciążą potem na naszej psychice, ale z drugiej strony czasem mają właściwości lecznicze.

HB: Dokładnie tak samo jest z muzyką. Nie wstydzę się tego, że czasem musze się przemóc i trochę z filmem poobcować, by się z nim zaprzyjaźnić.

GT: Z jakich przyjemności byłabyś w stanie zrezygnować w życiu?

HB: Zacznę od tego, z czego nie mogłabym zrezygnować, czyli kontaktu ze sztuką. Mówiłyśmy o książkach, muzyce, ale jestem też wielką wielbicielką teatru, czego efektem jest moja wieloletnia przyjaźń z Teatrem Witkacego w Zakopanem.

Nie wiem też, czy pamiętasz, że jedna z pierwszych galerii polskiej sztuki współczesnej powstała właśnie w mojej firmie NICOM.

Z tego z kolei wynikła znajomość z Magdaleną Abakanowicz i Gustawem Zemłą, który jest również autorem statuetki dla zwycięzców nagrody NIKE.

Jeśli chodzi o doczesne rzeczy, mogę żyć bez kawy, bez herbaty… Edyta, z którą współpracuję w Konfederacji prawie 20 lat, w nagrodę za to, że nie wystartowałam w wyborach do europarlamentu, wysłała mnie na odpoczynek do Lądka Zdroju z dietą doktor Dąbrowskiej. Było fantastycznie – cały tydzień tylko na warzywach – spokojnie można z tym żyć.

Nie sądzę, żeby poza książkami były rzeczy, bez których nie mogłabym przeżyć.

GT: Jaki obraz daje Ci siłę? Nie mówię tylko o malarstwie, raczej o czymś więcej. Co przywołujesz, by dało Ci energię i wiarę w działanie?

HB: Widok z mojego okna w domu na Warmii to coś, co mi daje siłę. Każdego dnia jest zupełnie inny. Nie tak jak w mieście, gdzie wiosna jest, albo jej nie ma. Tam można obserwować wszystkie etapy, niuanse i detale natury. Zmieniające się odcienie zieleni, a potem kolorów jesieni. To, że mogę wyjść i przemoknąć do suchej nitki wiedząc, że w domu czeka na mnie ciepły kominek.

Jeśli chodzi o obrazy literackie, to dziś mamy tak niesamowitą możliwość odwiedzenia dowolnej wielkiej galerii sztuki i zobaczenia na własne oczy prawie każdego arcydzieła, że to wprost niewyobrażalne.

GT: Potrafisz łączyć niezależność z tym, że przyjaciele są Ci potrzebni. Konkret z czymś odlotowym i abstrakcyjnym…

HB: Powinnaś była zobaczyć, jak u nas wyglądał lany poniedziałek w Wielkanoc. Ja oczywiście jestem z reguły praktyczna i racjonalna, ale czasem puszczają mi hamulce.

Wydałam oczywiście polecenie, że nie oblewamy się wodą w środku domu, po czym sama złamałam ten zakaz jako pierwsza. Akurat moja wnuczka Marysia przyjechała ze swoim chłopakiem, Hiszpanem, który stał jak osłupiały widząc, co się dzieje. Wszyscy byliśmy przemoknięci do suchej nitki. To są jednak takie zabawy i rytuały, których nie doświadczy się w pełni w mieście, tylko na wsi. No tak, zdarza mi się robić rzeczy szalone i nieracjonalne.

Konfederacja LewiatanStowarzyszenie Kongres KobietEFNI